Drukuj
Odsłony: 785

Robert Siemiątkowski

Wydział Lekarski, Warszawski Uniwersytet Medyczny

Łacina określa risztę – nicienia wywołującego chorobę zwaną drakunkulozą – mianem „małego smoka z Medyny” (Dracunculus medicensis). Czy jest to zasłużony przydomek? Nie sposób się nie zgodzić, gdy skrupulatnie prześledzi się iście makabryczny cykl rozwojowy tego pasożyta, o którym wiedziały już starożytne cywilizacje. 

Właśnie w rejonie geograficznym wielkich cywilizacji, czyli w północnej Afryce i na Bliskim Wschodzie, robak występuje. Do zarażenia dochodzi po połknięciu oczlika (maleńkiego skorupiaka stanowiącego dla riszty żywiciela pośredniego), co dzieje się podczas spożywania nieprzefiltrowanej wody. Tym bardziej należy się spodziewać infekcji, im bardziej suchy klimat panuje na danym terenie – wtedy prawdopodobieństwo korzystania z jednego zbiornika wody przez znaczną liczbę ludzi jest bardzo duże. Po połknięciu oczlika enzymy gospodarza (człowieka, ale nie tylko) rozkładają ciało skorupiaka, uwalniając larwy pasożyta, które przedostają się do tkanek głębokich, gdzie pozostają rok i kopulują. Następnie zaczyna się morderczy wyścig o przetrwanie: jako samiec, jesteś skazany na pewną śmierć (nic nowego w królestwie zwierząt); natomiast będąc samicą, masz szansę na dobre życie, jednak warunkiem jest rychłe przedostanie się do tkanki podskórnej, gdyż nie osiągnąwszy tego celu, czeka cię – a to niespodzianka – śmierć. Samice wędrują najczęściej do kończyn dolnych i okręcają się wokół kości długich. Fakt, że samica może osiągnąć nawet 120 cm długości, nie napawa optymizmem. Należy również wspomnieć, że u jednego człowieka pasożytować może do 4 samic. Horror zaczyna się jednak, gdy robak zechce wydać na świat potomstwo – wtedy jedyna możliwość to PRZEDRZEĆ SIĘ przez skórę goleni (wytwarzając przy okazji obrzydliwy, podatny na infekcje bakteryjne wrzód) i rozerwać swoją macicę, uwalniając larwy. Impulsem do takowego zajścia jest kontakt gospodarza z wodą. 

Jak pozbyć się najeźdźcy? Jako że miłosierna farmakologia w tym oto przypadku na niewiele się zdaje, sposób usunięcia nicienia jest mało finezyjny: należy nawinąć wystającą część ciała pasożyta na patyk i wyciągać risztę centymetr po centymetrze, dzień w dzień (a cała zabawa trwa kilka tygodni). Co ciekawe, obraz riszty nawiniętej na patyk stał się prekursorem laski Eskulapa, dzisiejszego symbolu medycyny (nie mylić z Kaduceuszem – laską Hermesa). Dobrze, ale czy usuwanie pasożyta, które wiąże się z niewątpliwie traumatycznym doświadczeniem, jest aż tak konieczne? Odpowiedź jest twierdząca, gdyż obecność nicienia w ustroju powoduje nawracające gorączki, wymioty i biegunki. Przed zarażeniem można uchronić się, stosując sita do wody pitnej, czego pilnuje się w krajach, gdzie drakunkuloza wciąż jest problemem.

Ryc. Usuwanie samicy riszty z tkanek podskórnych goleni (czasochłonne i niekomfortowe, ale konieczne z powodu słabej skuteczności farmakoterapii) (grafikę wykonał Robert Siemiątkowski)

Drakunkuloza jest przykładem tzw. „zaniedbanych chorób tropikalnych” (ang. neglected tropical diseases, NTDs). Wielkie nadzieje budzi odnosząca sukces eradykacja nicienia, czyli planowe pozbycie się pasożyta z populacji: z odnotowanych w 1986 roku 3,5 mln przypadków zostało zaledwie 28 (sic!) w roku 2018. Byłaby to pierwsza owocna eradykacja pasożyta i jedna z nielicznych udanych eradykacji patogenów – jak na razie mianem „wymarły na wolności” określić można jedynie wirusy: ospy prawdziwej człowieka i księgosuszu przeżuwaczy. Mimo obiecujących prognoz eradykacji, niepokojącym wydaje się fakt znalezienia zwierzęcego rezerwuaru riszty: psów i żab, co może utrudnić proces zaplanowanego wymarcia nicienia.